Śmierć małżonka jest jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Tracimy najbliższego przyjaciela. Osobę, z którą łączy nas ocean wspólnych wspomnień. Towarzysza zwyczajnych i tych wyjątkowych dni.

W czeskim filmie „Samotni” jeden z bohaterów stwierdza, że kiedy się z kimś rozstajemy, zostawiamy przy nim kawałek naszej duszy. Im bardziej kogoś kochaliśmy, tym więcej tej duszy zostawiamy i tym dłużej musi się ona regenerować. W wypadku śmierci małżonka, musimy tracić sporą część naszej duszy. Potrzebujemy wiele czasu na regenerację pozostałej pustki.

Czy jest możliwe pokochane kogoś, mimo tak rozległej rany na sercu?

Żałoba jest pożegnaniem. Czasem potrzebnym na wspomnienia, łzy i pogodzenie się z rozstaniem. Trudno mówić o zagojeniu rany, ponieważ ten proces może trwać nawet do kilku lat. Żałoba jest czasem intensywnego smutku, który uniemożliwia nam normalne funkcjonowanie, ale jest potrzebny. Bez niego, zaprzeczając rozpaczy i nie pozwalając sobie na jej przeżycie, będziemy jak pęknięte lustro, którego części tkwią nadal w ramie.

Nie rozpada się, ale wymaga niezwykłej ostrożności. Żałoba jest czasem na rozsypanie się. Dopiero wtedy, kiedy wypłynie z nas ostatnia łza, możemy zacząć powoli sklejać swoje części. Od nowa. Dzięki temu odzyskamy siłę i będziemy gotowi żyć dalej.

Żyć i kochać? Tak. Mimo przeżytego bólu, jeśli człowiek zachowa wiarę w to, że życie może być dobre, będzie umiał kochać. Nie będzie to już pewnie tak beztroskie uczucie, ponieważ jednak w sercu pozostanie nam ciężar, ale może być równie gorące jak poprzednie. Doświadczenie utraty małżonka może wręcz sprawić, że osoba będzie ceniła każdą chwilę spędzoną z ukochaną osobą jeszcze bardziej, niż w poprzednim związku. Nauczy się celebrować, świętować każdy dzień.

Poczucie winy

Jest jednak uczucie, które może stanąć na przeszkodzie nowej miłości. Osoba, która straciła małżonka, może mieć poczucie winy. To obwinianie się często rodzi chęć samoukarania i osoba skazuje sama siebie na dożywotnią samotność. Rezygnuje z możliwości zaznania szczęścia w dalszym życiu i dobrowolnie poświęca się. Składa ofiarę swojemu sumieniu, co przywraca jej względny spokój, ale nie prowadzi do szczęścia.

Po śmierci bliskiej osoby wszyscy mamy skłonność do obwiniania się. Że za rzadko poświęcaliśmy jej czas, mogliśmy wtedy ją odwiedzić, tam ją zabrać, to powiedzieć, tamto wytłumaczyć… Nigdy nie jest tak, że załatwimy wszystko, zawsze sumienie podsunie nam coś, co mogliśmy jeszcze zrobić. Ważne jest, aby zdawać sobie sprawę z tego mechanizmu i nie stać się niewolnikiem wyrzutów sumienia. Trzeba umieć pogodzić się z tym , że nie jesteśmy doskonali i wybaczyć sobie własne błędy.

Rezygnacja z uczucia dla „dobra dzieci”

Trudna jest również sytuacja, gdy małżonek opuszcza nie tylko nas, ale także dzieci. Na pewno będą one przeciwstawiały się nowemu związkowi mamy, nawet jeżeli upłynęło już kilka lat od śmierci taty. To naturalne, że dla dzieci powtórny związek rodzica jest złamaniem niepisanej umowy o tym, że choć taty nie ma, to nadal ma on pozostać jedynym mężczyzną w domu. Często matki rezygnują wówczas z nowej relacji „dla dobra dzieci”.

Jednak po latach, kiedy dzieci opuszczają dom i kobieta zostaje sama, zwykle żałuje swojej decyzji. Mogła walczyć o swoje szczęście, zamiast poświęcać się i samotnie iść przez życie.Miłość jest możliwa zawsze, póki osoba potrafi cieszyć się życiem. Na pewno strata małżonka zostawia w sercu ranę, którą nosi się już do końca życia, ale nie uniemożliwia ona ponownego otwarcia się na drugiego człowieka. A kochać warto rozrzutnie.